niedziela, 5 listopada 2017

Remigiusz Mróz: CZARNA MADONNA – recenzja książki

Z Remigiuszem Mrozem po raz pierwszy spotkałem się w sejmowych kuluarach, później się wiedzieliśmy jeszcze na sali sądowej. Nie spodziewałem się, że miejscem naszego trzeciego spotkania będzie kościół. Wtedy już miałem pewność, że z Panem Mrozem łączy nas nie tylko zamiłowanie do yerba mate.

OPIS WYDAWCY:
Boeing 747 irlandzkich linii lotniczych miał wylądować w Tel Awiwie o trzeciej w nocy. Nigdy nie dotarł na miejsce, a kontakt z maszyną utracono gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Na pokładzie znajdowało się 520 osób, w tym narzeczona Filipa, która miała odbyć pielgrzymkę do Bazyliki Grobu Świętego.
Przez pierwsze godziny Filip wierzy, że samolot się odnajdzie. Nic nie wskazuje na zamach, straż przybrzeżna nie odnajduje wraku, a co jakiś czas do kontroli lotów dociera sygnał z transpondera.
Co stało się z boeingiem? Jaki związek ma jego zniknięcie z podobnymi zdarzeniami? I jakie znaczenie ma obraz Matki Bożej, nazywany Czarną Madonną?
Pierwsze odpowiedzi każą Filipowi sądzić, że niewiedza naprawdę jest błogosławieństwem.

Charakterystyczną czerwoną okładkę Czarnej Madonny dostrzegłem na... poczcie. Gdzieś między rajstopami, grami planszowymi i kalendarzami z Papieżem Polakiem. Czy można było obok tej książki przejść obojętnie? Nie.

Książka szumnie zapowiadana była, jako horror - taka rekomendacja kojarzy mi się nie najlepiej. Te wszystkie niby straszne pierdoły z amerykańskich filmów tego gatunku raczej wywołują u mnie śmiech niż strach. Nie wiem czy czytając Czarną Madonnę się bałem, bo byłem tak pochłonięty powieścią, że przerzucając stronę za stroną nawet nie zastanawiałem się, jakie emocje mi towarzyszą. A emocje były to dobre. Od samego początku.

W recenzjach twórczości Mroza niektórzy zarzucają mu wszechobecny "product placement". Przyznam się, że ja to nawet lubię. Wymienianie w książce prawdziwych nazw firm - nie wiem czy to faktycznie ukryta reklama, czy sposób na urozmaicenie historii - nadaje jej tylko autentyczności. Przecież w rozmowach między sobą nie mówimy skonsumowałem hot doga z pobliskiego sklepu, tylko zjadłem hot doga z Żabki. Czemu bohater literacki miałby pić herbatę marki wymyślonej, a nie Liptona?

Skupmy się teraz na fabule. W książce od samego początku dzieje się bardzo dużo. Spadają samoloty, dzieją się rzeczy dziwne, pojawiają się postacie, których w normalnym świecie ciężko uświadczyć. Wszystkiemu towarzyszą treściwe, acz nie nazbyt długie opisy rytuałów i symboliki religijnej, które pozwalają poczuć klimat.

Sytuacja w powieści, jak to zazwyczaj u Mroza zmienia się praktycznie z rozdziału na rozdział. Pojawiają się zaskakujące wydarzenia i wątki – w tym wątek miłosny i sił nadprzyrodzonych. Nie brakuje momentów rodem z fantastyki, jak podróże w czasie i przechodzenie przez portale – na szczęście nie jest to mocno oderwane od rzeczywistości i w sumie, każdy kto wierzy w życie pozagrobowe mógłby taką sytuację sobie wyobrazić.

Cała książka bardzo mocna, praktycznie do samego końca trzyma w napięciu. Praktycznie, bo sama końcówka jak dla mnie była trochę niepasująca do autora, którego do tej pory znałem, jako osobę słynącą z mocnych końców swoich powieści.

Mimo braku wow na końcu, czas poświęcony na lekturę Czarnej Madonny uważam, za spędzony dobrze, a kto wie czy nawet nie bardzo dobrze. Polecam każdemu, kto lubi sensacje i do tego choć minimalnie interesuje się tematyką religijną. Choć autor w posłowiu zapewnia nasz, że „nigdy więcej”, ja chętnie przeczytałbym, może nie drugą część Czarnej Madonny, ale inną książkę Remigiusza Mroza osadzoną w podobnych klimatach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: