wtorek, 4 grudnia 2018

Władza absolutna (W kręgach władzy). Czy polityczna seria Remigiusza Mroza to polskie „House of Cards”? – recenzja

„Polskie House of Cards” – brzmiało hasło na okładce „Wotum nieufności”, pierwszej książki Remigiusza Mroza z serii „W kręgach władzy”. Na drugim i trzecim tomie takiego dopisku nie było. Czy Mróz tą serią próbował naśladować Dobbsa, a może go przeskoczył?


Na początku wyjaśnijmy sobie, że House of Cards w zależności, czy to filmowe, czy książkowe, to opowiadania osadzone w dwóch odmiennych realiach politycznych: brytyjskim i amerykańskim. Seria Mroza opisuje świat polityki, taki jaki znamy... No prawie. Z systemem proporcjonalnym, z rolą prezydenta sprawdzającą się jak to już ktoś kiedyś powiedział do „pilnowania żyrandola” itp. Przez tą bliskość, każdy kto choć trochę interesuje się polityką, szybko będzie wiedział, kto jest kto, i od kogo, co zależy. W książce Michaela Dobbsa, mimo że trochę orientuję się w innych systemach politycznych, musiałem sobie przypomnieć, czym jest Izba Gmin, czym Izba Lordów, kim jest spiker, a kim lider opozycji i rzecznik dyscypliny partyjnej. U Mroza jest łatwiej, dlatego „W kręgach władzy” czyta się łatwo i lekko.

Pierwsze dwa tomy czytałem już dość dawno i nie chciałbym się skupiać na ich recenzji. Śmiało mogę powiedzieć, że każdy z nich zachęcał do przeczytania kolejnego. Czytanie trzeba zacząć od pierwszego, bo w kolejnych bohaterowie często wracają do wydarzeń z nich.

„Władza absolutna” niczym kolejny odcinek serialu rozpoczyna się w tym samym momencie, w którym zakończyła się „Większość bezwzględna”. Jesteśmy pod sejmem, panuje ogromny chaos.
Mróz jest z wykształcenia prawnikiem i robi z tego pożytek. Wykorzystuje swoją prawniczą wiedzę, do wyszukiwania kruczków prawnych, nad którymi w przypadku wystąpienia podobnej sytuacji w rzeczywistości głowiliby się najwybitniejsi specjaliści od Konstytucji i kto wie, czy doszliby do jednolitego wniosku.

To początek, bo na ponad 400 stronach mamy do czynienia z „brudną polityką”. Nie brakuje momentów, w których skóra cierpnie. Nie brakuje chwil zwątpienia w to, czy bohaterowie idą dobrą drogą. Pojawiają się nowe postaci, w tym jedna – można powiedzieć, na gościnnych występach z innej książki Mroza.

„Władzę absolutną” czyta się absolutnie... bardzo dobrze. Rozdziały kończą się w sposób nieoczywisty i oczywiście z tego powodu zamiar przeczytania 1 rozdziału kończy się tym, że posiedzenie kończy się późną nocą. No ale cóż, życie. Niektórzy czytają do nocy, inni głosują.
Choć postacie w książce są fikcyjne, część dialogów nawiązuje do rzeczywistych wydarzeń i historyjek z polskiej polityki. Mnie rozśmieszyło pojawienie się nagle wersu o „uczeniu francuzów korzystania ze sztućców”.

Zbyt wiele nie zdarzę pisząc, że trzeci tom kończy nie tylko historię opisywaną w ostatniej książce, ale trochę też całej serii. Sam Mróz przyznaje, że nie wie, czy był to ostatni tom, czy może jeszcze coś wymyśli. Wydaje się, że jeśli doczekamy się kontynuacji serii, nie będzie to „W kręgach władzy” inne niż to, które już znamy. Rzeczywistość polityczna zmienia się nie tylko w książce. Wystarczy spojrzeć na skład sejmu sprzed 10 lat. Prawda, że kilku ugrupowań i ówczesnych graczy dziś brakuje? U Mroza kilku też może zabraknąć, kilku na pewno jednak pozostanie. Trzeba jednak przyznać, że tom 3 kończy pewną epokę w świecie politycznym wykreowanym przez Mroza.

A wracając do pytania z tytułu. „House of Cards” i „W kręgach władzy” to dwa różne systemy polityczne, dwa różne okresy czasowe. Ciężko porównać obie książki, choć jestem przekonany, że jeśli ktoś jedną serię przeczytał z zaciekawienie, nie zawiedzie się też na drugiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: